Harmony Clean Flat Responsive WordPress Blog Theme

Iluzja pracy w sieciówce

2/04/2015 Żaneta Sz 5 Comments Category : , ,

Za młodu ilekroć szłam na zakupy, to w sieciówkach widziałam fajnych sprzedawców. Ci z młodzieżowych marek często mieli kolczyki, tatuaże, ciekawe fryzury. Bujali się na kasie w rytmie modnej muzyki, z luzem rzucając do młodych kupujących - dzięki, wpadnij do nas znowu! Dodatkowo pewnie mają ciuchy za darmo, albo chociaż pół darmo. W końcu codziennie muszą reprezentować sklep. Wydawałoby się, że to idealna praca na czas studiowania.
Z kolei Ci z sieciowych księgarni (lub księgarniopodobnych) salonów wydawali się mieć czas na przejrzenie nowości. Jakie to musiało być świetne - obcujesz sobie z kulturą na co dzień! W Empiku dostajesz do łapek najświeższe płytki, pewnie możesz przesłuchać. Wszystkie książkowe nowości - no kto się nie skusi, żeby pod ladą sobie poczytać!? Istna mekka kultury. Dodatkowo pewnie te wszystkie zniżki na książki i gry - cudo!


Jednak wraz z dorosłością i podjęciem takiej pracy wszystkie oczekiwania mogą runąć. A raczej runą na pewno. Młodzi ludzie faktycznie najczęściej świetni, jednak na bardzo krótko. Dlaczego? Bo w takiej pracy ciężko dłużej wytrzymać. Sama w sobie nie będzie zła, jeśli nie boisz się ciężej pozapieprzać. Wiadomo, że w sklepie trzeba rozłożyć towar, poukładać wszystko, biegać za klientem z ciuchami. Często więc jest to po prostu fizyczny zapierdziel po 12 godzin. To wszystko byłoby do przeżycia, gdyby nie wszystkie te absurdy, które dookoła tego narastają. I tak oto zwykły pracownik zostaje odgórnie przygnieciony toną gówna.


W sieciówce jednostka nic nie znaczy

Zawsze na miejsce jednego młodego naiwniaka znajdzie się trzech kolejnych, którzy ledwo co ukończyli szkołę i muszą robić cokolwiek. Dlatego, gdy tylko chcesz wyegzekwować swoje jesteś skazany na porażkę. ZAWSZE usłyszysz, że jak się nie podoba, to wypad! Koledzy chwilę popracują dłużej, a zaraz inny frajer będzie zapieprzał, a jak zorientuje się, że coś jest nie halo - wylot natychmiast. W końcu to nie problem przy umowie o dzieło.

Tyczy się wszystkich wielkich spółek typu Empik, L.P.P. S.A., pod które podlega Cropp, House, Mohito czy Etos S.A., co jest pieprzoną ironią, bo nie ma tam żadnego etosu po za  zasadą wysysania ludzi. Pod Etosem działa Diverse, w którym miałam okazję pracować prawie rok. Wtedy godziłam się na wiele, bo byłam młoda i to była moja pierwsza praca w nowym miejscu. Przyznam, że przerażało mnie to wszystko początkowo, więc starałam się jak mogłam. Chciałam się wykazać, pokazać jaka jestem pracowita, zaradna i jaki ze mnie zdolny sprzedawca. Jednak wszystkie te jakże dobre chęci zaczęło zabijać to, co działo się dookoła. 

Najczęściej zmiany to 12 godzin pracy - opłacanej, umowa o dzieło. Dodatkowo po pracy nawet kilka godzin (po dużych akcjach promocyjnych, kiedy ludzie zachowują się gorzej niż dzikie świnie podczas poszukiwania trufli) sprzątania - już za darmo. Jeśli masz ostatni autobus o 22:20, więc mówisz, że musisz wyjść o 22 kierownik może być bardzo oporny, chociaż od ponad godziny jesteś po pracy. I jeśli myślisz, że w późniejszej pracy nie zostanie to wypomniane - grubo się mylisz. Szczególnie, jeśli jest osobnikiem zasiedziałym w tym syfie i uznał dojeżdżanie innych za swoją metodę utrzymania tego szlachetnego stanowiska. W każdym razie często musieliśmy stać i patrzeć, jak "kiero" liczy kasę - w końcu "skoro ja nie mogę jeszcze wyjść, to wy też nie". 

Zachorujesz? Źle się czujesz? No ok, jak znajdziesz kogoś na zastępstwo to nie przychodź. Nie masz nikogo, a nie przyjdziesz? Dłużej niż dzień? To może nie przychodź już wcale jak ci nie zależy, co? - Jako pracownik na umowie śmieciowej nie możesz sobie wziąć L4. A jak nie przychodzisz, to po prostu ci się nie chce. Możesz przyjść i się męczyć ze złym samopoczuciem, albo szukać innej pracy. Może lepiej z brakiem empatii nie dyskutować i ten chociaż jeden wolny dzień, jeśli dasz radę, poświęcić na rozsyłanie CV. Jeśli studiujesz zaocznie i zastrzegasz, że po wakacjach musisz mieć weekendy wolne i to jest twój warunek, to nie zdziw się, jak przy każdym układaniu grafiku będziesz mieć to wypominane. Nie zabranie przy tym komentarza kierownika po prestiżowym studnium w Pciumiu Dolnym, że jak on "STUDIOWAŁ" zaocznie, to miał tylko jeden weekend w miesiącu zajęty, więc jakim cudem nie możesz przyjść do pracy? Te studia to i tak wszystko dupa, lepiej wykazać się w sklepie, to może premię dostaniesz.

Im szybciej znajdziesz lepszą pracę, tym lepiej, bo niedostosowanie się do każdego zalecenia szybko się może na tobie odbić. Możesz na przykład usłyszeć przy układaniu rzeczy komentarze, oczywiście przez zaciśnięte ząbki, uwłaczające twojej inteligencji. Szybko dowiesz się, że jesteś głupi, poprzez sugestie "czy wiesz, co to znaczy symetrycznie? Nie, chyba nie. Te wasze studia to się na nic nie przydają!". Ewentualnie możesz odpowiedzieć, że symetria jest estetyką głupców lecz wtedy pamiętaj, jesteś już na straconej pozycji!

Odgórne absurdy

Może i bezpośredni kierownik nie musi być kutasem, jednak machina nacisku na pracowników rozpędza się znacznie wyżej. Z góry płyną instrukcje jak ma wyglądać sklep, co ma się w jakiej strefie znajdować i co pracownik ma na ten temat wiedzieć. Dostajesz swoje miejsce w tabelce i jak w pieprzonym przedszkolu mogą obok imienia stawiać uśmieszki lub wkurzone minki. A dlaczego? Bo nie wykułeś na blachę opisu kilku kolekcji. Chyba nigdy nie zapomnę cytowania przed kierownikiem bzdury typu "Kolekcja X charakteryzuje się stylem amerykańskich bezdroży i ousiderów, przemierzających je (...). Kolorami charakterystycznymi są khaki, zielenie i beże (...)". W nauce nie ma nic złego, warto wiedzieć co się sprzedaje. Rozumiem opisywanie klientowi funkcjonalności kurtki na narty. Jednak wyobrażacie sobie pajaca, który tak zagaduje klienta stojącego przy khaki podkoszulkach? Każdy uważa to za bzdurę, jednak każdy musiał to cytować. I im bardziej czymś podpadł, tym bardziej był męczony. Coś przekręciłeś? Było kręcenie nosem, minusiki i straszenie, że jak przyjedzie kierownik regionu i o to przepyta - bankowo wylecisz. Kierownictwo regionalne też wysyłało cynki, że danego dnia zjawi się regionalny, albo tajemniczy klient. Wyobraź sobie, że tylko nie zrobiłeś wtedy tego, czego ktoś oczekiwał. Szybka rozmowa, przez zaciśnięte zęby, że przecież mógł to widzieć tajemniczy klient, że po takim nagraniu z nieprawidłowy zagadaniem (pytania otwarte, pamiętajcie!) bankowo idziesz do zwolnienia. Zresztą czemu nie robisz pięciu rzeczy na raz? Bluzki mają być poskładane, klient "obsłużony kompleksowo", a przy okazji podłoga pozamiatana.

Jeśli nie daj boziu, po rozkładaniu śmierdzących bluzek (bo przeleżały na jakimś statku nie wiadomo ile) idziesz umyć ręce, to nie zdziw się, jeśli kierowniczka zapyta cię, czy masz problemy z pęcherzem i czy może chcesz wolne na wizytę u lekarza. Dla tych, którzy mogą sobie chodzić "uzupełniać tabelki" na zapleczu i jeść przy tym kanapki, może być abstrakcją, że człowiek chce umyć ręce czy wysikać się częściej niż raz na 12 godzin. Tak, na 12 godzin pracy przysługuje jedna przerwa, która trwa 40 minut. Później masz zapierdalać z językiem na wierzchu - nie wypada zbyt często chodzić się napić, to już zakrawa o bezczelne lenistwo. Nawet jeśli pracujesz od 10 do 22, a przerwę, genialnie ustaloną, miałeś o 11:30.

Pracownik wielofunkcyjny

Dla niektórych to powyżej, to pewnie marudzenie. Biedna musiała pracować i ma pretensje. Ok, może i tak. Jednak z czasem, kiedy góra zwęszy pieniądz, zaczynają się jeszcze większe absurdy. Takie gówniane sklepy nie tylko oszczędzają na materiałach i taniej sile roboczej, produkując wszystko w Bangladeszu czy Indonezji. Nie tylko tam prawa pracownika mają w dupie. W Polsce wolą ustalić, że panie sprzątające przyjdą wysprzątać salon tylko DWA razy w tygodniu. Przy czym sklep jest czynny cały tydzień. Co wtedy z tym syfem? Sprząta go sprzedawca. Po godzinach. Za darmo. Nie podoba się? To nie przychodź jutro. Mało tego - jak zaoszczędzić jeszcze bardziej? Wywalić ochroniarza. A co z kradzieżami? Jak to co, sprzedawca ma sprzątać, prasować, składać, układać, kasować, doradzać, nosić, sprawdzać przymierzalnię i odprowadzać do kasy, a dodatkowo pilnować sklepu i bronić przed złodziejami. Nie udało się? Straty są odliczane z pensji pracowników. Ktoś ukradnie spodnie? Twoja wina. Nieważne na czyjej zmianie to było, parę złotych i tak zostanie odjęte z konta pracownika. Te parę złotych, przy pracy w największej galerii handlowej w okolicy, może urosnąć do większych kwot oczywiście. 

Dodatkowo oczywiście pracownik ma przychodzić w ubraniach firmowych. Nie, nie dostanie ich. No, może raz w roku te najtańsze dżinsy i najbardziej badziewne koszulki. Aż dwie, które po praniu nie będą już miały napisu, tylko sprane coś, a na dodatek mogą się lekko przykurczyć. Pracujesz kilka dni pod rząd? To masz do wyboru: kupić sobie więcej rzeczy ze swojego sklepu, albo ... śmierdzieć? Chociaż najczęściej nie masz wyboru, bo będziesz regularnie otrzymywać reprymendy za swój wygląd, albo docinki, że skoro tu pracujesz, to musisz prezentować firmę. Ze swojej kieszeni.

Wcale nie musisz tego robić, nikt nie musi

W jednym mają rację - nie podoba się to wypad. Nikt z nas nie musi się godzić na głupie docinki, pracę za darmo po godzinach i metody "mobilizacji" poprzez zastraszanie. Jeden będzie z siebie kretyńsko dumny, bo się w tym odnajdzie i ograniczy docinki, dzięki regularnemu donoszeniu na kolegów i ich obsmarowywaniu. Cóż, niektórzy nie są stworzeni do większych rzeczy, zadań, więc pozostaje im nadzieja, że kiedyś będą  mogli urwać się z kasy na wypełnianie tabelek. Taki awans społeczny jest wart każdej ceny. Inny natomiast, może dowodzić swoich praw, biegać z kodeksami i mówić, że 15 godzin pracy, w tym 3 darmowe, są nielegalne. Jednak, niestety, koncerny są na to przygotowane. Myślicie, że nie mają puli pieniędzy przeznaczonej na odpieranie takich zarzutów? Pewnie mają. Dlatego mają w dupie groźby pracowników i po prostu się ich pozbywają. Bo na ich miejsce przyjdzie kolejny: na tydzień, miesiąc, rok. I znowu to samo, on nie wytrzyma, to znajdzie się następny, chętny na szkołę życia. Może przejdzie z jednego gówna, do drugiego, myśląc, że w sklepie obok będzie lepiej - nie będzie. Sprzedawcy ze sobą rozmawiają, wymieniają się informacjami. Legendy o niektórych docierają nie tylko do innej galerii handlowej np. w Katowicach, ale biegną sobie dalej, aż do sąsiednich miast. Inni mogą pocieszać się tym, że wszyscy mają tak samo przejebane.

Jednak po co to robić? Jeśli w końcu zabrakłoby chętnych do gównianych prac, to pracodawcy musieliby zmienić swoją politykę - inaczej stracą znacznie więcej niż przy opłacaniu sprzątaczki czy ochroniarza. Takie koncerny, czy daremni przedsiębiorcy, nie będą sobie nic z takich informacji robić. Mogę pisać ja o sklepach z ciuchami, Łukasz o Empiku, a oni nawet na to nie spojrzą. Zaczną za to wysyłać instrukcje, jak za pomocą gróźb wytresować sobie kolejnego pracownika tymczasowego. Przecież znajdą się i tacy, co będą tego systemu, wykorzystującego pracownika, bronić. Znajdą się tacy, którzy będą z tego zadowoleni. Albo tacy, co powiedzą "bzdury!", bo u nich akurat jest lepiej. Jednak obawiam się, że nie stanowią większości, a reszta to nie leniwa banda - niestety.

Uwierzcie mi, nie warto tkwić w toksycznych miejscach, wykorzystujących naiwność młodych ludzi, zbyt długo. Nie musicie wierzyć w to, że nie ma alternatywy - będzie, jeśli ją jakoś stworzymy. A jeśli nie mamy na tyle odwagi i solidarności z sobą - szukajmy dalej. Jak ja mówiłam, że odchodzę kilka osób dziwiło mi się. Chociaż tak samo jak mi przeszkadzał im ten system. Niektórzy po prostu wierzą, że nie są więcej warci ponad sprzedawcę, którym może pomiatać kiero. Mają jedynie nadzieję, że może kiedyś będą zastępcą i będzie lepiej. Nie będzie. I nie, nie jesteście warci tylko tyle. 
Szkoda, że młodzi ludzie nie potrafią twardo postawić się mobbingowi i psim pieniądzom. I szkoda, że Państwo ma to zupełnie w dupie, nie zajmując się takimi kwestiami i nie walcząc o to, żeby młodzi ludzie mogli mieć lepszy start. Mam tylko nadzieję, że wystarczy większości z was hartu ducha - odłożycie coś w swoich gównianych pracach i zaczniecie się zajmować tym, co da wam radość i będziecie pracować z ludźmi, którzy was szanują - zarówno kierownicy, jak i klienci.

Jedno jest pewne - taka praca na dłuższą metę, to niezła szkoła życia. Po niej, już rozpoczynając pracę w swoim zawodzie, nic mi nie było straszne i nie stresowało tak bardzo. Plusem są też świetni ludzie, z którymi można było pożartować z tego wszystkiego, a jakiś kontakt pozostał do dziś. Jeśli już musicie tak pracować - wytrzymajcie chwilę i sami przekonajcie się o wszystkich aspektach takiej roboty. Jednak nie bójcie się z tego zrezygnować, gdy tylko pojawi się coś lepszego, nawet ryzykownego. Nie wyjdzie? To zawsze można tymczasowo wrócić w podobne miejsce, ich jest pełno i zawsze kogoś szukają. Jednego jednak nie zrozumiem nigdy - ludzi uczepiających się tego na lata, a przy tym marudzących.

RELATED POSTS

5 komentarze

  1. Aczkolwiek, wbrew pozorom nie jest wcale łatwo się do takiej pracy załapać. Dużo młodych mimo wszystko chce pracować w sieciówkach i nawet jeśli są wykorzystywani to i tak będą pracować, bo lepsza taka praca niż żadna. Smutna rzeczywistość...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Ludzie nie godziliby się na takie warunki, gdyby nie fakt, że nawet jeśli solidarnie można coś zdziałać, to taka zmiana wymaga albo REWOLUCJI albo mnóstwa czasu, a pieniądze potrzebne są JUŻ, więc się człowiek godzi.
      I tak, kolejna prawda... nie jest aż tak łatwo się dostać, przynajmniej nie każdemu, bo konkurencja na "targu niewolników", zwłaszcza w mniejszych miastach, jest ogromna.

      Usuń
  2. Nie wiedziałam, że tak to od drugiej strony wygląda... Ale z tego co wiem, na przykład w Wielkiej Brytanii jest z tym lepiej. Moja ciocia mieszka w Londynie i pracuje w sieci Next. Nie słyszałam, żeby się skarżyła, a kiedy nie mogła pracować jako ekspedientka (miała problemy z ramieniem), to została po prostu przeniesiona za biurko. Także chyba trochę inaczej to tam wygląda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolego ale co ty probujesz Polske do UK porownac ? :-)
      Dobry zart! Kto madry wyjechal i wyjezdza, reszta zostaje i narzeka, taki czas.

      Usuń
  3. Sama nie miałam "przyjemności" pracować w tego typu sieciówce, natomiast ostatnio byłam wstrząśnięta wizytą w Rossmanie w Gdyni, gdzie obsługiwała mnie kasjerka ze łzami w oczach, skarżąca się koleżance, że nie może już wytrzymać bólu głowy. Od pierwszego spojrzenia widać było, że owa dziewczyna naprawdę cierpi i ledwo się trzyma na nogach. Nie mogłam do dziś zrozumieć, jak w takiej sytuacji ktoś mógł trzymać ją w pracy... ale po przeczytaniu tego artykułu już rozumiem, że jest to normalna sytuacja w tego typu miejscach i jestem przerażona.

    OdpowiedzUsuń